Ten koncert miał odbyć się w zeszłym roku lecz Szkoci musieli go dwa razy odwołać. Od czwartku powtórka tamtych zdarzeń nam chyba nie grozi.
Tego dnia Proxima zdawała się pękać w szwach już na godzinę przed pierwszym koncertem. Cóż, nie jest to duży klub, a Biffy Clyro posiada pewną renomę. Nie działa to oczywiście na niekorzyść wydarzenia. Moim zdaniem, takie kameralne koncerty są najlepsze. Nie inaczej było tym razem.
Jako support wystąpił brytyjski Airship. Muzycy tego zespołu jako swoje największe inspiracje przedstawiają The Cure i Coldplay, aczkolwiek w wydaniu koncertowym łączy ich z wyżej wymienionymi kapelami jedynie wysoki, delikatny wokal Elliotta Williamsa. Muzycznie przypominało to bardziej zespoły takie jak Mando Diao, Editors czy, przede wszystkim, Stereophonics. Oczywiście w najlepszym wydaniu bo Airship wywiązało się ze swojej roli znakomicie. Potwierdziło to entuzjastyczne przyjęcie zgromadzonej publiczności.
Po występie supportu nastąpiła dosyć długa przerwa w czasie której na scenie rozstawiała się gwiazda wieczoru. Ok. 21:40 stało się. Na scenę wyszli po kolei: tworzący sekcje rytmiczną bracia Ben i James Johnstonowie i gitarzysta (celowo nie piszę, że wokalista bo oficjalnie to stanowisko zajmują wszyscy trzej muzycy) Simon Neil, który zaskoczył niektórych swoją blond fryzurą. Zaczęli od mocnego uderzenia w postaci wspaniałego "That Golden Rule" z "Only Revolutions"- najświeższej, promowanej na tej trasie płyty zespołu. Warto dodać, że promowanej "natarczywie", gdyż album ten został odegrany prawie w całości. Zostawiło to niewiele miejsca na nagrania z poprzednich wydawnictw, a przecież "Only Revolutions" to już piąta regularna płyta Biffy Clyro i materiału panowie mają sporo.
Tym czym imponują Szkoci jest na pewno energia na scenie. Simon Neil każdą chwilę z dala od mikrofonu wykorzystuje wijąc się, podskakując, nieraz delikatnie zahaczając nawet o headbanging. James Johnston po drugiej stronie sceny nie odstępuje mu w tym na krok. Dotyczy to nawet ballad, a raczej tych kawałków które do tej pory znaliśmy jako ballady, ponieważ na scenie zespół wykonuje je nieco ostrzej. Dzięki temu "God & Satan", "Many Of Horror" i "Mountains" nabrały niemalże grunge'owego sznytu (Może wydawać się to dziwne ale to drugie na żywo skojarzyło mi się z legendarnym "When Did You Sleep Last Night?" w wykonaniu Nirvany). Jedynym naprawdę spokojnym kawałkiem pozostało piękne "Machines" podczas którego popisali się fani którzy przygotowali jedną z modnych ostatnio akcji dla zespołu, wyciągając duże papierowe puzzle (nawiązanie do tytułu czwartej płyty zespołu). Chociaż imponowali też chęcią do śpiewania, co nie jest zresztą dziwne, ponieważ utwory Biffy Clyro, niezależnie od energii i tempa wydają się wręcz stworzone do singalongów.
Koncert gwiazdy wieczoru trwał niespełna godzinę i dwadzieścia minut, choć zmieściło się w nim osiemnaście kawałków. Oczywiście odbyło się to kosztem konferansjerki. Na dłuższe wypowiedzi panowie zdobyli się, bodajże, dwa razy. Za pierwszym razem basista z uśmiechem wspomniał lipcowy koncert na "Dżarołcin Festival", natomiast druga wypowiedź była reakcją Simona Neila na wrzucane na scenę, przed ostatnim w setliście "The Captain", pluszaki. -Rozumiem, rozumiem. Chcecie "Toys, Toys, Toys..." Niestety dzisiaj to niemożliwe, ale obiecuję, że zagramy ten kawałek w przyszłym roku, gdyż wrócimy wtedy do Polski.- Trzymam za słowo i zapraszam znowu do jakiegoś małego klubu, ponieważ to właśnie w takich miejscach Biffy Clyro wydaje się rozwijać skrzydła najbardziej. Klubowy koncert roku? A czemu nie?
niedziela, 31 października 2010
sobota, 16 października 2010
Kings Of Leon- Come Around Sundown
Miał być powrót do korzeni. Miało być bardziej grunge'owo. Miało być inaczej niż ostatnio. A jak jest naprawdę?Zachód słońca nad tropikalną wyspą. Bajkowy, wręcz, spokój. A to wszystko zanurzone w sepii. Tak prezentuje się okładka najnowszej płyty Kings Of Leon- "Come Around Sundown". Tak samo prezentuje się muzyka na niej zawarta. Niemalże w całości wypełniona spokojnymi kawałkami w stylu, chociażby, "Revelry" z poprzedniego krążka braci Followillów. Oczywiście nie jest to zarzut. Zespół znakomicie odnajduje się w tej konwencji. Nie da się zauważyć (jakby banalnie to nie zabrzmiało), że panowie z płyty na płytę stają się coraz lepszymi muzykami. Szczególnie tyczy się to Jareda Followilla- basisty i najmłodszego członka zespołu. Na pierwszych płytach schowany za starszymi braćmi, dzisiaj buduje niemalże całe utwory. Gdyby nie jego specyficzny groove, takie nagrania jak "Pyro" czy "Beach Side" straciłyby co najmniej 80% swojej mocy. Rozwinął się również wokal Caleba Followilla, aczkolwiek zauważalne to było już na poprzedniej płycie. Bardzo lubię kiedy wokalista wkłada w swój śpiew prawdziwe emocje i muszę przyznać, że pod tym względem frontman KOL jest coraz lepszy.
Czy oznacza to, że mamy do czynienia z najlepszym albumem tego zespołu? Niestety nie. Mimo wszystko czegoś tutaj brakuje. Może prawdziwego przeboju? "Radioactive" to jedyny pretendent do tego tytułu ale mimo całej mojej sympatii do tego kawałka (To ich najlepszy singiel w historii!), uważam, że nie ma szans na zbliżenie się nawet do statusu jaki osiągnęły na listach przebojów single z poprzedniej płyty, tj. "Sex On Fire" czy "Use Somebody". Może brakuje prawdziwego killera jakim na "Only By The Night" było "Closer"? No cóż, rozpoczynające "Come Around Sundown" nagranie- "The End" nawiązuje niejako do tamtego utworu (notabene również otwierającego płytę) lecz w żadnym wypadku nie może się z nim równać. A muszę przyznać, że jest jednym z najlepszych kawałków na płycie. Może brakuje różnorodności? Jak najbardziej. Po pierwszych kilku przesłuchaniach "Come Around Sundown" wydaje się być jednolitą masą. Wszystkie piosenki zagrane są w podobnym tempie i złożone z podobnych elementów. Brakuje prawdziwego rockera na miarę "Charmer" czy "Black Thumbnail" z "Because Of The Times". Pod tym względem wyróżnia się jedynie "No Money" przypominające trochę "Camaro" ze wspomnianej wyżej płyty.
Jak więc podejść do tej płyty? Chyba najodpowiedniejsze będzie przyjęcie, że niemalże każdy zespół wydał w swojej karierze płytę spokojniejszą, bardziej refleksyjną. Od teraz dotyczy to również Kings Of Leon. Myślę, że piąta płyta to dobry moment na takie posunięcie. Nie trzeba już walczyć o nowych fanów, a starzy przyjmą ją z uśmiechem na ustach. I tak przyjął ją niżej podpisany. I, mimo wszytko, te 47 minut trwania płyty sprawiło mu przyjemność.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
