Miał być powrót do korzeni. Miało być bardziej grunge'owo. Miało być inaczej niż ostatnio. A jak jest naprawdę?Zachód słońca nad tropikalną wyspą. Bajkowy, wręcz, spokój. A to wszystko zanurzone w sepii. Tak prezentuje się okładka najnowszej płyty Kings Of Leon- "Come Around Sundown". Tak samo prezentuje się muzyka na niej zawarta. Niemalże w całości wypełniona spokojnymi kawałkami w stylu, chociażby, "Revelry" z poprzedniego krążka braci Followillów. Oczywiście nie jest to zarzut. Zespół znakomicie odnajduje się w tej konwencji. Nie da się zauważyć (jakby banalnie to nie zabrzmiało), że panowie z płyty na płytę stają się coraz lepszymi muzykami. Szczególnie tyczy się to Jareda Followilla- basisty i najmłodszego członka zespołu. Na pierwszych płytach schowany za starszymi braćmi, dzisiaj buduje niemalże całe utwory. Gdyby nie jego specyficzny groove, takie nagrania jak "Pyro" czy "Beach Side" straciłyby co najmniej 80% swojej mocy. Rozwinął się również wokal Caleba Followilla, aczkolwiek zauważalne to było już na poprzedniej płycie. Bardzo lubię kiedy wokalista wkłada w swój śpiew prawdziwe emocje i muszę przyznać, że pod tym względem frontman KOL jest coraz lepszy.
Czy oznacza to, że mamy do czynienia z najlepszym albumem tego zespołu? Niestety nie. Mimo wszystko czegoś tutaj brakuje. Może prawdziwego przeboju? "Radioactive" to jedyny pretendent do tego tytułu ale mimo całej mojej sympatii do tego kawałka (To ich najlepszy singiel w historii!), uważam, że nie ma szans na zbliżenie się nawet do statusu jaki osiągnęły na listach przebojów single z poprzedniej płyty, tj. "Sex On Fire" czy "Use Somebody". Może brakuje prawdziwego killera jakim na "Only By The Night" było "Closer"? No cóż, rozpoczynające "Come Around Sundown" nagranie- "The End" nawiązuje niejako do tamtego utworu (notabene również otwierającego płytę) lecz w żadnym wypadku nie może się z nim równać. A muszę przyznać, że jest jednym z najlepszych kawałków na płycie. Może brakuje różnorodności? Jak najbardziej. Po pierwszych kilku przesłuchaniach "Come Around Sundown" wydaje się być jednolitą masą. Wszystkie piosenki zagrane są w podobnym tempie i złożone z podobnych elementów. Brakuje prawdziwego rockera na miarę "Charmer" czy "Black Thumbnail" z "Because Of The Times". Pod tym względem wyróżnia się jedynie "No Money" przypominające trochę "Camaro" ze wspomnianej wyżej płyty.
Jak więc podejść do tej płyty? Chyba najodpowiedniejsze będzie przyjęcie, że niemalże każdy zespół wydał w swojej karierze płytę spokojniejszą, bardziej refleksyjną. Od teraz dotyczy to również Kings Of Leon. Myślę, że piąta płyta to dobry moment na takie posunięcie. Nie trzeba już walczyć o nowych fanów, a starzy przyjmą ją z uśmiechem na ustach. I tak przyjął ją niżej podpisany. I, mimo wszytko, te 47 minut trwania płyty sprawiło mu przyjemność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz